Czy Szczyrk wyrzuci w końcu te stare GATcie?

Przykro patrzeć jak powolutku Szczyrk zamienia się w zimową ruinę. A może jest, jak w tym dialogu w jednym ze skeczy Benny Hilla, gdzie do pijaka mówi druga osoba: „to świństwo powoli cię zabija”. A na to pada odpowiedź: „mnie tam się nie śpieszy” :) Może Szczyrkowi też się nie śpieszy? :) Niektórzy zwą to miasto „zimową stolicą Polski”. hmm… zatyka mnie, gdy to słyszę.

Szczyrk

Ale o co mi chodzi tak właściwie? Chodzi mi o to, że idzie zima, a ja po prostu lubię narciarstwo, lecz na moje nieszczęście do Szczyrku mam dość blisko. Fajnie tak mieszkać blisko stolicy, a do niej nie jeździć, bo inne pipidówki są od niej bardziej atrakcyjne? Szczyrk od kilkudziesięciu już lat posiada tą samą infrastrukturę wyciągów narciarskich i tras. Podobno nie mogą się dogadać właściciele gruntów, na których stoją wyciągi z GAT-em, czyli Gliwicką Agencją Turystyczną zawiadującą całym ośrodkiem. Ciężko powiedzieć kto ma rację i po czyjej stronie stanąć. Ale czy przeciętnego narciarza powinno to obchodzić? Czy kilka lat to jeszcze wciąż za krótki czas, żeby sprawę rozwiązać? Prędzej powstanie droga do Zwardonia i na Słowację, niż Szczyrk zacznie podnosić się z kolan. A im później, tym trudniej przecież będzie. Wokoło powstają nowoczesne stacje narciarskie, więc kto zechce przyjechać do Szczyrku, żeby stać w kolejce do wyciągu, męczyć się na orczyku (zamiast odpoczywać na wygodnej kanapie), a potem zjeżdżać słabo przygotowaną trasą? Myślę, że przyczyną takiego stanu rzeczy są te stare GATcie. Skąd ta opinia? Z obserwacji. GAT nie radzi sobie na wielu płaszczyznach. Ot np. przyjeżdżam kiedyś do Korbielowa (tam też rządzi GAT) i ku mojemu zdziwieniu nie mogę doliczyć się wszystkich wyciągów na Hali Miziowej mimo, że przerwa na piwo dopiero przede mną. Skoro na trzeźwo nie mogę się doliczyć, to chyba coś jest na rzeczy. Okazuje się, że jeden wyciąg zlikwidowano, bo ekolodzy wywalczyli (GAT nie dał rady obronić już stojącego wyciągu, to ciekawe w jaki sposób ma zamiar przeprowadzić tam kiedyś nowe inwestycje). Innym razem dowiaduję się, że kolejka krzesełkowa w Korbielowie nie działa (i nie działała bardzo długo). Zepsuła się, bo, z tego co mówią ludzie, została kupiona używana od Słowaków (cóż za nowoczesna inwestycja!). Kolejnym razem, rośnie ogonek ludzi czekających do wyciągu na popularnych Julianach w Szczyrku, a drugi równoległy wyciąg nieczynny, bo chyba panom się nie chce go obsługiwać. Dopiero zwrócenie uwagi skutkuje jego uruchomieniem. Następnym razem, gość z obsługi – od samego rana zawiany, zamiast podawać orczyki grzebie łopatą i wyrównuje śnieg. Ludzie czekają, a wyciąg jeździ pusty. Po zwróceniu uwagi pan zostaje „wycofany” i na jego miejsce staje ten co najmniej wypił… Parkingi płatne podczas, gdy np. na Słowacji są za darmo, a dodatkowo za darmo jeżdżą autobusy dowożąc narciarzy pod same wyciągi z dalszych parkingów. W starych orczykach często spadają liny i wówczas ludzie skupiają się na innym wyciągu podwajając kolejkę. Wyciąg krzesełkowy już po naprawie od samego rana jeździ prawie pusty, bo jedyna czynna kasa sprzedająca karnety nie wyrabia się z obsługą ludzi. I można by tak długo… Czy podane przypadki to wina właścicieli gruntów czy zarządcy ośrodka?

Jest jednak jakieś światełko w GATciach :) Podobno w sezonie 2008/2009 mają być czynne wszystkie wyciągi, zwłaszcza te w ośrodku Czyrna. Co za rewelacja, nieprawdaż? Uruchomią wszystkie przestarzałe orczyki i będą sie cieszyć swym sukcesem… Heh, a skoro jest światełko w GATciach, to znaczy, że się przetarły na d… i może w końcu je wyrzucą :)

Image

Milczenie – nóż w serce prowokatora

Przykro patrzeć, jak ludziska łatwo łykają wszelkie prowokacyjne komentarze w internecie. Słynny już Jasiu Śmietana, etatowy komentarzopisarz jednego z portali, pisząc swoje teksty popełnia niezliczone ilości nieprawdopodobnych błędów ortograficznych, których nawet człowiek z zaawansowaną dysortografią by nie zrobił. A jednak ciągle spotyka się z komentarzami w stylu, że jak nie potrafi pisać poprawnie, to powinien się w ogóle nie odzywać. Nieprawdopodobne, że czytelnicy biorą to na poważnie i uznają go za osobę, którą trzeba skarcić i przywołać do porządku. Jasiu i jego śmietana, to jednak nie temat, który chciałem poruszyć.

Zastanawia mnie bowiem, dlaczego człek nie potrafi wytrzymać i zamknąć paszczy na kłódkę, by nie ulec prowokacji. Nie potrafi wytrzymać lub nie zdaje sobie sprawy z tego, o co takiej osobie chodzi i co najbardziej może zaboleć prowokatora. Napisze ktoś w komentarzu pod jakimś artykułem coś prowokacyjnego i długo nie musi czekać, żeby posypał się grad kontrkomentarzy, oburzeń i innych słów krytyki. W większości przypadków ten ktoś nie pisze własnego zdania. Chce jedynie popatrzyć jaki to jest popularny – on lub jego wątek. O ile nie dziwi mnie, że mnogość jest takich osób, o tyle nie mogę wyjść z podziwu, że tak dużo ludzi nie widzi prawdziwych intencji autora komentarza. Nie trzeba przecież być wykształconym psychologiem, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że żadna odpowiedź – czy to tłumacząca brak racji, czy karcąca, czy obraźliwe, a nawet wulgarne epitety pod adresem niepoprawnego prowokatora, nie zadadzą mu takiego ciosu, jak kompletne milczenie pod jego wypowiedzią. Polemika, kłótnia, chęć wypowiedzenia własnego zdania i przekonania drugiego do naszej racji chyba leży gdzieś w naturze człowieka. Najwyraźniej nie potrafimy nad nią zapanować. Cokolwiek napiszesz, a im bardziej serio i widać będzie, że Cię to poruszyło, zrobisz dokładnie to, na co prowokator liczył, na co czekał. Jeśli chcesz nadać mu od takich i owakich i powiedzieć, że kompletnie zidiociał mając takie czy inne zdanie… jeśli więc chcesz mu dokopać i nagadać.... po prostu nie pisz nic :) Takie to proste, a takie trudne jednocześnie…

Rzecz o marnych portalowych dziennikarzynach i cenzurze

Przykro patrzeć na niektóre artykuły w polskim Internecie. I nie mam tu na myśli podrzędnych portali, ale te duże, uważające się za rzetelne źródło informacji. Niestety, pogoń za szybkością przekazu nie idzie w parze z jego jakością. Począwszy od tego, że artykuły na różnych portalach brzmią niemal identycznie (już nie wiadomo kto pierwszy tekst napisał), a skończywszy na ich miernej składni językowej, błędach, zjedzonych literkach itp. Dodatkowo, portale wydają się bronić swoich „dziennikarzy”. Bodźcem do napisania niniejszego posta była sytuacja (kolejna już), jaka przytrafiła mi się po przeczytaniu jednego z takich artykułów. Za pierwszym razem uznałem, że nie ma się co unosić, ale ponowienie tej praktyki ciśnie na usta „przykro na to patrzeć”. Otóż, w portalu interia.pl widzę artykuł o jakimś chińskim attaché. News wydał mi się bez większego znaczenia dla wszechświata, lecz zainteresowała mnie fotografia umieszczona obok. Z miniaturki wyglądało, że to bynajmniej nie chińczyk, a sam Steve Fossett, o którym akurat w tym samym dniu także był artykuł. Wszedłem głębiej i nie myliłem się. Zamieszczono omyłkowo nie to zdjęcie, co trzeba. Ponieważ artykuł nie był faktycznie zbytnio interesujący nie było pod nim żadnego komentarza. Jak prawie nigdy tego nie robię, tak tym razem postanowiłem napisać ironiczny własny komentarz o tym, jak to dobrze dobrano zdjęcie do artykułu. I cóż? Mój komentarz się nie ukazał, a zdjęcie zniknęło po kilku minutach. Interio, wstyd się przyznać do błędu? Lepiej uznać, że nikt nie widział i wszystko jest w porządku?

Innym razem nie pozostawiłem suchej nitki wznosząc się na wyżyny ironii pod adresem jakiegoś dziennikarza, który chyba potrafi tylko pisać, a czytać, co napisał już nie bardzo. Artykuł, jak keks bakaliami, był nafaszerowany błędami, nielogicznymi, urwanymi frazami etc. I tym razem moderator nałożył na mój komentarz cenzurę i nie przepuścił go. Najgorsze jest to, że cenzuruje się komentarze słuszne i zgodne z prawdą, niewulgarne, a jedynie uszczypliwe czy prześmiewcze. Autor artykułu jednak zasługiwał na taki komentarz. Cenzor stanął po stronie dziennikarza-miernoty sam pokazując własną miernotę.

I na co jeszcze przykro patrzeć? Ja wychodzę z siebie, gdy przeglądając skróty artykułów na stronie głównej portalu, otwieram je na kolejnych zakładkach w tle, po czym wchodzę po kolei na nie i ze zdziwieniem czytam zupełnie coś innego, niż wydawało mi się, że otwierałem. Tak, bardzo często tytuł artykułu po otwarciu jest zupełnie inny, niż jego tytuł w skrótach na stronie głównej. Denerwująca praktyka, nie wiadomo czemu służąca…

Zastanawiam się jak wiele osób dopadła już współczesna cenzura w czystej postaci. Pamiętajcie, żeby nie pisać krytycznie pod adresem autora niniejszego artykułu, bo.... :)