Logowanie XXI wieku

Przykro patrzeć na to jak można spartolić tak, zdawałoby się, prosty i pospolity mechanizm jak logowanie się na stronie www. Ale jednak można!

Od wczoraj siedzę i ze zdumienia przecieram swoje posępne oczy jednocześnie głośno rechocząc. Otóż dostałem adres pewnej strony (http://www.winonavannorman.com/login.html). Strona jak strona - raczej brzydka no i trzeba się zarejestrować i zalogować aby uzyskać dostęp do jakiejś treści. Ale ale czy aby na pewno? Otóż nie! “Sprytny” programista postanowił zrobić wszystkim niespodziankę i rozwiązał mechanizm logowania poprzez wykorzystanie kodu javascript (czyli czegoś do czego ma dostęp każdy odwiedzający stronę), w którym po prostu wpisał wszystkie loginy i hasła otwartym tekstem.

Jeszcze raz: loginy i hasła otwartym tekstem w publicznie dostępnym pliku. Brawo dla geniusza. Ten cudowny pliczek był dostępny pod adresem: http://www.winonavannorman.com/work.js ale jak widać obecnie znajduje się tam informacja o tym, że strona “została przebudowana”.

To zdaje się nasz pierwszy post w tym roku, wiec przy tej okazji życzę sobie i Wam jak najmniej takich stron w sieci.

Banki - będzie jeszcze śmieszniej, ale pod kontrolą

Przykro patrzeć, jak te biedne banki mają się ciężko w dobie kryzysu. Żal bierze, że ledwo łączą koniec z końcem. Zarządom wiedzie sie teraz pewnie gorzej niż emerytom. Biedactwa ledwo ciągną… Cóż, trzeba im pomagać i wtłaczać w nich pieniądze podatników, bo przecież mogłyby upaść i nic już nikomu nie wypłacić. Sprytnie to sobie wykombinowali. Oczywiście sytuację trzeba uratować, bo katastrofa banku byłaby, jak zwykle zresztą, katastrofą zwykłych ludzi. Więc popieram ratowanie. Ale od razu postuluję, aby przy okazji wtłaczania do banków kasy, wtłoczyć zarządom i innym decydentom bankowym kamery w d..py. To, co wyczyniają banki wszelakie przekracza granice nawet niedobrego smaku i, chociaż przy okazji jest śmiesznie, to jednak zbyt drogo, żeby sie na to godzić.

Image

Ot, otwieram dziś portale informacyjne i widzę reklamę pożyczki banku PKO BP pod hasłem:

Max pożyczka mini rata
pieniądze na święta
raz-dwa? czemu nie.

Fantastyczne hasło. Echh, jak ja bym chciał pracować w marketingu. Skrobnął bym od niechcenia z rana jakiś durny tekst i udał się do kasy po wypłatę. No ale, nie o tym chciałem… W dalszej części owej oferty wymieniane są same jej zalety. Pierwsza z nich:

Oprocentowanie tylko 9,75%*

Zatrzymajmy sie chwilę przy tym. Na końcu jest gwiazdka. Niestety, próżno szukać w obrębie strony czego ona dotyczy, żadnej legendy, żadnego przypisu. Może to znaczek do iloczynu, czyli owe 9,75 mnożymy przez.... hmm.. nieznaną nam liczbę i mamy prawdziwe oprocentowanie, np. 29,25 :) Ale tego się nie dowiemy niestety. Zapewne gdzieś głęboko w czeluściach strony internetowej z ową promocją jest to wyjaśnione, bo przecież banki oszukują w imię prawa, ale ja szukał nie będę. To samo radzę innym - nie dajcie się nabierać na świąteczne promocje.

Idźmy dalej. Mamy napisane - minimum formalności:

wystarczy tylko jedna wizyta w oddziale lub agencji PKO Banku Polskiego

Poniżej natomiast czytamy:

Max Pożyczka z Mini Ratą dostępna jest w oddziałach i agencjach PKO Banku Polskiego oraz przez Internet i telefon.

Ciekawostka, nieprawdaż? Pożyczka dostępna przez telefon lub internet - wystarczy tylko przyjść do oddziału :) W sumie to fajnie, że kształcimy fachowców z branży marketingowej i, że takie instytucje, jak banki zatrudniają młodych, zdolnych ludzi. Przynajmniej jest śmiesznie - jedni inteligencji piszą pierdoły, drudzy, równie inteligentni, to publikują i jest tzw. fun :)

Zabawa zabawą, ale szkoda, że taka droga i w dodatku odbywa się naszym kosztem. Znam dużo tańsze i lepsze kabarety. Ponadto idę je oglądać i płacę kiedy mam na to ochotę. Ten kabaret, co się zwie Bank PKO BP (inne banki są niegorsze), na przeróżne śmieszne programy dla klientów (pożyczki, lokaty), a następnie promocję tego wszystkiego, wydaje kupę kasy. Przepraszam, nie wydaje, tylko wyrzuca w błoto (przejęzyczyłem się). I jak tu takiemu nie pomóc, nieprawdaż? :)

A więc kamery w d..py i monitorujmy na co idą nasze pieniądze!


wkrótce więcej ciekawostek o tym, jak banki traktują klientów

Idą Święta - każdy może się pomylić

Przykro patrzeć na powszechną przedświąteczną gorączke. Przepełnione markety, wszechobecne mikołaje, choinki i aniołki, ludzie uginający się pod ciężarem toreb z zakupami. Święta to dziś przeżycie sklepowe a nie duchowe.

Renifer

No ale o czym ja właściwie mówię - święta zaczęły się przecież 2-go listopada, kiedy to handlowcy zdjęli z wystaw znicze i wstawili na ich miejsce choinki. Trochę za szybko, ale cóż przecież każdy może się pomylić, nawet wilk.

No dobra, kończę bo muszę lecieć do sklepu ;)

Obama prezydentem?! A może jednak nie!

Przykro patrzeć na to jak niektórzy ludzie nie potrafią się pogodzić z faktami. Zajadłość i zawziętość uderzyła mnie dzisiaj podczas lektury w Rzeczpospolitej tekstu o Baracku Obamie.

Wściekły pies

Osobiście nie byłem zwolennikiem Obamy, nie byłem też zwolennikiem McCaina, ale jak czytam takie rzeczy to ręce mi opadają. Otóż pewien emerytowany adwokat z New Jersey, Leo Donofrio, wniósł pozew do Amerykańskiego Sądu Najwyższego, w którym to pozwie twierdzi, że przyszły prezydent nie spełnia wymogów konstytucji. Chodzi o to, że zgodnie z amerykańską konstytucją tylko obywatel amerykański urodzony w Stanach Zjednoczonych może sprawować ten urząd.

Sprawa jest o tyle skomplikowana, że matka Baracka Obamy była Amerykanką, a ojciec Kenijczykiem, sam Barack zaś urodził się w Honolulu na Hawajach, które w momencie jego narodzin należały do Wielkiej Brytanii. Tym samym Baracka należy, według Leo Donofrio, uznać za obywatela brytyjskiego.

Wszystko fajnie i pięknie, tylko, że:

  1. Po pierwsze konstytucja amerykańska (i każda inna) została ustanowiona dla ludzi i jako taka nie powinna stać w sprzeczności z opinią większości narodu amerykańskiego. Naród ten zaś postanowił, że chce aby Barack Obama został prezydentem.

  2. Po drugie o ile mnie pamięć nie myli, a nie myli, Stany Zjednoczone Ameryki powstały na trupach Indian, rdzennych mieszkańców tamtej ziemi, jej właścicieli i prawowitych obywateli. Co za tym idzie prawie wszyscy obywatele USA mają swoje korzenie w Europie, Azji, Afryce czy w końcu Ameryce… Południowej. Jak to powiedział Gderacz: “ kwestionują obywatelstwo swego prezydenta, który jak cała reszta też jest z importu”.

Cieszy tylko to, że najprawdopodobniej sąd nie zechce się zająć pozwem pana Donofrio, gdyż nie będzie chciał mieszać się do polityki. Jest więc nadzieja, że zdrowy rozsądek zwycięży.

Płatne darmowe minuty - takie rzeczy tylko w Erze?

Przykro patrzeć na rachunki telefoniczne, choćby dlatego, że są rachunkami, ale szczególnie przykro patrzeć gdy te rachunki są wysokie. Choć pozornie wydaje się to nielogiczne to istnieje sposób na rozmawianie za darmo, jednocześnie nabijanie kabzy Erze i zwiększanie swojego rachunku. Miało być za darmo? No przecież było…

Dzwoń za darmo albo za 1 grosz, rozmawiaj ile chcesz, nie płać, era premia, punkty… Slogany, reklamy no i niby faktycznie tak jest, za darmo lub za grosz. Era jest w porządku. Wszystko pisze w regulaminie. Jeśli klient nie przeczytał go dokładnie, nie wyłapał tego co trzeba lub nie zrozumiał to sam jest sobie winny, a że w reklamie nic na ten temat nie było… hehe “to była wersja demo”, taka trochę wybiórcza :P

O co dokładnie chodzi? Kupując telefon na abonament zwykle klient otrzymuje pakiet bezpłatnych minut do wszystkich sieci, powiedzmy że 60. Jednocześnie może też dostać super hiper promocyjny pakiet bezpłatnych minut tylko do Ery, a jeśli jest stałym klientem to może też za punkty zgromadzone w (automatycznie włączanym) programie Era Premia wybrać np. opcję Numer specjalny Era Premia czyli, uwaga: 99% tańsze rozmowy w sieci Era. Zamów Numer Specjalny Era Premia i rozmawiaj za grosze przez cały rok! .

No to rewelacja! Wybieramy sobie taki numer darmowy i dzwonimy… a tu nagle okazuje się że rachunek jest wyższy niż dotąd. Cud?! A i owszem, marketingowy cud speców od marketingu w Erze. Dlaczego:
Wyciąg z regulaminu: Połączenia z „Numerem specjalnym Era Premia” są wliczane do pakietu Bezpłatnych Minut (w zależności od posiadanej taryfy, z wyjątkiem taryf Firma) oraz do pakietu kwotowego dla taryf Pakiet Biznes. Dla taryf Firma, połączenia z “Numerem specjalnym” nie wykorzystują minut z pakietu abonamentowego.

No i jak? Klient nie zrozumiał? To niech płaci! Na czym to polega? Na darmowy (albo właściwie jednogroszowy) numer możemy sobie zadzwonić i będziemy sobie rozmawiać za tego grosza, jednakże taka rozmowa najpierw zużyje nasze darmowe minuty! Tak, te minuty które mamy do wszystkich sieci, a dopiero potem zacznie “używać” super hiper promocyjnej oferty “numer specjalny”. W efekcie, szybko zużyjemy nasze darmowe minuty i zapłacimy za wszystkie rozmowy poza naszym numerem specjalnym.

Opłaca się? Erze na pewno.

Jest jeszcze jeden drobny szczegół w regulaminie usługi:

Minimalna opłata za połączenia za „Numerem specjalnym Era Premia” bez względu na długość trwania połączenia wynosi 1 grosz netto (1,22 grosze z VAT). .

Minimalna opłata wynosi jeden grosz. To w takim razie dlaczego na rachunku mam połączenia do tego mojego specjalnego numeru które kosztowały 0,00 (te wykorzystujące darmowe minuty do wszystkich)? Jak dla mnie to jest jakaś sprzeczność. Chyba zadzwonię do mojego “ukochanego” operatora komórkowego i zapytam czemu mi nie naliczyli tego grosza…

Ciekawe czy u innych operatorów też tak jest?

Nie zablokujesz nie pojedziesz (zasada 2)

Przykro patrzeć na zakorkowane Polskie drogi ale okazuje się, że jest jednak sposób by temu zapobiec! Jak? Najlepiej taką przykorkowaną drogę dodatkowo zablokować! Logiczne, prawda?
Kolejna migawka z życia Najlepszego kierowcy w regionie a moze i w Polsce.

Znów do pracy. Kilkadziesiąt minut jazdy samochodem. Dobrze że odebrałem już swoją “Srebrną strzałę” od blacharza bo autobusów jakoś nie lubię. Przeraża mnie kiedy muszę je wyprzedzać - szerokie to takie… no i jakiś taki uraz do jeżdżenia nimi przez to mam. Głośne są, kopcą strasznie. Nie ma to jak własne, wychuchane cztery kółka.

Odpalam nawigację i jazda do roboty, jak codzień. Pierwsze, drugie, trzecie, czwarte, piąte światła na drodze krajowej i wreszcie trochę luzu. Mogę wskoczyć na lewy pas i przegonić “srebrną strzałę”! Ciekawe, że licznik mi przekłamuje o jakieś 5 km/h. Na Nawigacji pisze że jadę 95 km/h a na liczniku mam aż 100. Chyba że to usterka w nawigacji? O… teraz pokazuje 75 km/h a na liczniku jest też coś koło tego. To może jednak jest dobrze? Sam nie wiem.

Coś się dzieje! Auto z tyłu błyska światłami. Co jest?! Chyba ostrzega jadących z naprzeciwka o Policji. Ale ja ich jakoś nie zauważyłem. No cóż, pewnie stali w krzakach.

Pan z tyłu dalej błyska (dziwne) a ja zbliżam się do zwężenia drogi - remont. Znowu będzie korek. O! Już się zaczna. Mój pas jest pusty, więc zjeżdżam na prawy gdzie wszyscy stoją. Potem nie będę się musiał wpychać, a jeszcze by mnie nie chcieli wpuścić… To ja dziękuję, postoję.

Powoli podjeżdżamy do przodu, po chwili już mnie noga boli od wciskania sprzęgła, a tu znowu ktoś jedzie lewym, pustym pasem i nas wyprzedza. Jak on tak może? Gdzie jest policja!? No ale widzę że wreszcie ktoś pomyślał. Zielony bus zjeżdża na lewy pas i blokuje go. Nie będą się cwaniaki wpychać i nas wyprzedzać!

Czemu o 6.45 w każdej stacji radiowej lecą reklamy? Przełączam na muzykę z CD. “Wstań! Powiedz nie jestem sam…” lala la la… Ta piosenka zawsze kojarzy mi się z 1 listopada bo kiedyś kupiłem na grób babci pozytywkę z tym utworem.

Jedziemy jakieś 15 km/h. Z tyłu już masa samochodów. Jakieś 100 m przed nami, z bocznej drogi, na dwupasmówkę wjeżdża auto za autem. Dzięki temu że bus blokuje lewy pas mogą bez problemu włączyć się do ruchu i wjechać na drogę główną. Miło, tylko nie wiem czemu ciągle tak wolno jedziemy…

Widzę już barierki przy zwężeniu. GPS wskazuje 20 km/h, licznik też. Teraz już możemy spokojnie sobie tak jechać. Bus dalej blokuje, nikt nas nie wyprzedził! Przyjemnie nawet może być w takim korku jak nikt się nie wpycha. Mogę zachować odstęp od auta z przodu, nawet 200 m, spokojnie oglądnąć remontowany wiadukt i nie martwić się że ktoś będzie się chciał wepchnąć. Mam taką zasadę że nigdy nikogo nie wpuszczam. Co się będzie chamstwo pchać przede mnie.

No to ostatni odcinek korka przede mną. Jadę ostrożnie między słupkami. Śmieszne są, chyba gumowe? Jak coś w nie wjedzie to nic się pewnie nie stanie. Mijam zwężenie. Przede mną pusta droga. Można już wrzucić trójkę i przyśpieszyć. Dziś było nieźle, 15 minut w korku, ale nikt mnie nie wyprzedził i to się liczy!


Zasada 2:
Kto nie blokuje nie jedzie i niech nikt mnie nie próbuje wyprzedzić!

Jeszcze parę słów komentarza do powyższego opisu.
Czy blokowanie drogi przy zwężeniach coś daje? A jeśli daje to komu? Dla mnie brak w tym logiki, bo jak blokując można coś przyśpieszyć?
Spójrzmy na takiego blokującego. Co on chce osiągnąć? Tylko i wyłącznie to, żeby ktoś go przypadkiem nie wyprzedził. Natomiast ma zupełnie gdzieś to co dzieje się za nim (poza czuwaniem by ktoś go nie objechał).
Gdyby pan blokujący pomyślał, to widziałby, że korek dzięki niemu się nie skraca a wręcz przeciwnie - wydłuża się. Zresztą dotyczy to nie tylko blokujących drogę ale i tych którzy ustawiają się w sznureczku na jednym pasie zostawiając drugi pas wolny.
Efekt? W miejscu gdzie mogłoby znajdować się kilkadziesiąt lub kilkaset aut jest pusto (zablokowany pas), a rozciągnięty często na wiele kilometrów sznur pojazdów blokuje wszystkie boczne uliczki gdzie pewnie część kierowców by zjechała (gdyby mogła), automatycznie zmniejszając korek.

Szczytem debilizmu jest blokowanie drogi w miejscu, gdzie (jak w powyższej scence) kawałek dalej dołącza się inna ruchliwa droga. Taka sytuacja miała na przykład nagminnie miejsce w Tychach, podczas niedawnego remontu wiaduktu (w kierunku na Katowice).
Zwężenie drogi było na lewym pasie, sznur aut “staczy” ustawiał się więc na pasie prawym. Od razu znajdowali się też idioci (bo inaczej nie można ich nazwać) blokujący wolny lewy pas.
Tymczasem kawałek dalej z przodu, z lewej strony, wjeżdżał sobie spokojnie na dwupasmówkę szereg aut z drogi podporządkowanej. W ten sposób droga główna ‘stała’ poblokowana a boczna droga ‘szla’ na bieżąco. Jak dla mnie, powinno być odwrotnie. Niestety imbecyle pozbawieni mózgów zdawali się nie dostrzegać absurdalności tej sytuacji i twardo blokowali, czasem na przestrzeni kilku kilometrów. Pewnie myśleli że… nie… przepraszam… oni nic nie myśleli bo przecież w tym czasie ktoś inny z ich rodziny przejął szarą komórkę.

Co jeszcze daje blokowanie. Zachowuje kolejność. Jak ktoś pierwszy przyjechał to pierwszy wyjedzie. Taka zasada FIFO (First In First Out). Tyle tylko, że przecież to kolejny absurd. To samo uzyskamy jadąc do końca obydwoma pasami i przepuszczając się wg. zasady “na zamek błyskawiczny” na końcu. Przy okazji korek będzie krótszy.

Inne przykłady jacy wspaniali są “blokowacze” i “stacze”. Kiedy ktoś ich wyprzedzi to jest cwaniakiem, chamem i się wpiernicza (<lol>) ale kiedy oni gwałtownie zmieniają pas i zajeżdżają komuś drogę to są OK?

Co dalej… jedziemy sobie w takim zablokowanym korku. Blokujący się cieszą bo nikt ich nie wyprzedza i wszystko idzie szybciej.... Hola! Szybciej? Na pewno? W 90% przypadków “idzie” tak samo wolno bo połowa miłośników stania na zablokowanym pasie, nie potrafi szybko ruszyć, a już żeby przejechać przez zwężenie szybciej niż 30 km/h to przecież jakaś niemożliwość.
Kiedy jadę sobie pasem wolnym (tym na którym jest zwężka), rzadko zdarza się żeby nie było miejsca na płynne włączenie się, natomiast często jest tak, że kiedy ja już wyjeżdżam ze zwężenia ten który jechał za mną ciągle jest na jego początku (no i skąd biorą się korki?).

Czasem nie wiem czy się śmiać czy płakać. Znajdzie się taki nadgorliwiec, “porządkowy”, który blokuje pas… jedzie, jedzie… i nagle widzi że… już zlikwidowali zwężenie… Cóż, tak też bywa, a Mózgojad grasuje.

Staram się zrozumieć “staczy” ustawiających się na zablokowanym pasie i “blokowaczy”. Muszę przyznać że są uzasadnienia dla takich zachowań:

  1. Małe umiejętności jazdy samochodem: “stacz” nie potrafi zmieniać pasa.
  2. Strach, że ktoś powie, że się wpycha i jest chamem. Ale, chwila, kto tak powie? No kto? Inni “stacze” którzy sami bali się zjechać na wolny pas. Absurd: “stacze” boją się innych “staczy”.
  3. Połączenie obu powyższych. Strach przed tym, że ktoś na jadącego pustym pasem zatrąbi, strach przed koniecznością zmiany pasa, strach przed tym, że inni egoiści nie będą chcieli na ten drugi pas wpuścić.
  4. Poczucie realizacji misji, misji blokowania, misji robienia dobrze sobie i tym którzy są przed nami, poczucie że tak właśnie trzeba. To poczucie jest uzasadnione następnym punktem czyli…
  5. …brakiem mózgu.
  6. No dobrze, trochę za ostro. Jedyne sensowne dla mnie wytłumaczenie to takie, że po prostu ludzie chcą mieć spokój i się nie denerwować. Może tak jest najczęściej… oby.

Co należy robić i jak? “zamek błyskawiczny”, “suwak”, “zatrzask” i nie bać się tylko to stosować! Jest nawet taka akcja Gazety Wyborczej, choć ostatnio jakoś ucichła: Pomóżmy sobie w korkach.

Korki, paskudny odór, fotoradary - witamy w Pszczynie!

Przykro patrzeć na korki i głupotę szerzącą się w Pszczynie. To skądinąd ładne miasteczko, z pięknym parkiem i zamkiem, z perspektywy kierowcy przejeżdżającego przez Pszczynę jawi się zupełnie inaczej…

Pszczyna jest położona w województwie śląskim, między Bielskiem-Białą a Tychami. Prowadzi przez nią krajowa jedynka - dwupasmówka. Ruch samochodów jest spory, także w dni wolne, z Bielska bowiem można szybko dostać się do Cieszyna - świetną, nową drogą ekspresową, ale także skierować się w góry, do Szczyrku czy do Żywca.

No więc jak? Wypad na weekend w góry? A może powrót z pracy? Na samą myśl o Pszczynie robię się zły. Typowy przejazd przez tą miejscowość to:
  1. fotoradar w Piasku (niby to nie Pszczyna ale prawie) - hamowanko
  2. podrażnienie nozdrzy uderzeniem strasznego smrodu (chyba z pobliskich pieczarkarni)
  3. fotoradar przed światłami… hamowanko…
  4. postój na światłach, można już zacząć oddychać przez nos bo powoli oswajamy się ze smrodem
  5. korek do kolejnych świateł
  6. fotoradar (ale i tak jedziemy 10 km/h w korku więc spokojnie możemy podziwiać tą metalową konstrukcję)
  7. światła - stoimy
  8. ciągle korek tym razem do następnych świateł
  9. fotoradar - my się nie boimy bo w korku stoimy… lalala…
  10. koooorek.... do świateł jak już pisałem
  11. światła - stoimy…
  12. ruszamy w kierunku kolejnych świateł - tu zwykle robi się nieco luźniej
  13. przejeżdżamy pod piękną kładką dla pieszych (na której przez parę lat jeżdżenia tą trasą udało mi się w sumie zauważyć może z 5 przechodniów…)
  14. światła - kiedyś to były ostatnie światła w Pszczynie, potem upłynniono ruch i zbudowano jeszcze jedne…
  15. jeszcze luźniej ale już widać…
  16. …kolejne światła
  17. koniec Pszczyny!!!
  18. dalej jest nieco lepiej, jeszcze tylko 3 fotoradary i Bielsko

Krótki odcinek a tyle niespodzianek. Dziś straciłem tam 35 minut. W sumie dlaczego…? Przez idiotyczne ustawienie sygnalizacji świetlnej.

Już rok temu było źle, korki, korki, korki. Pszczynę już wtedy można było nazwać Miastem Gniewu od przekleństw rzucanych przez kierowców stojących w korkach. Wreszcie jednak, geniusze z Pszczyny (zarząd dróg? ratusz?) wzięli się za poprawę sytuacji! Zaczęło się od ustawienia fotoradaru przed jednym z bardziej zakorkowanych skrzyżowań. Super pomysł - bez wątpienia ktoś chciał sfotografować kierowców stojących w korku i sprawdzić stopień ich zdenerwowania. Taki wywiad społeczny. Stwierdzono, że kierowcy lubią czerwone światło bo codziennie tylu ich tam stoi i podziwia czerwony kolor.

Logiczną kontynuacją było więc zbudowanie sygnalizacji świetlnej na jedynym skrzyżowaniu na którym jeszcze jej nie było. Skoro wszędzie są światła to kierowcy zaskoczeni ich brakiem w tym jednym miejscu mogli hamować ruch no a poza tym, pamiętajmy że przecież lubią patrzeć na czerwone. Przebudowa skrzyżowania trochę trwała, trochę bardziej się korkowało przez pewien czas, ale wreszcie nadeszła upragniona nagroda i można było podziwiać piękno nowych konstrukcji sygnalizatorów - oczywiście stojąc na czerwonym świetle.

Miało być tak pięknie… ale korki dalej nękały Pszczynę. Ciekawe dlaczego?
Pojawiła się nowa koncepcja. Zniechęcić kierowców do przejazdów przez Pszczynę! Rozpoczęto więc remont wiaduktu w kierunku na Żory, przez co konieczne stały się objazdy - a z dk1 można skręcić na Żory tylko w 1 miejscu. Remont ma trwać jedyne półtora roku… policja ponoć radziła omijac przez ten czas Pszczynę, niestety nie powiedziała którędy - zniechęcające, prawda? Nie zmieniono też wyśmienicie wyregulowanej sygnalizacji świetlnej - dumy Pszczyny, no bo po co? Odstraszać, odstraszać!

Miało być lepiej ale… niestety, kierowcy ciągle nie chcieli odkorkować Pszczyny! Chyba faktycznie polubili czerwone światła i smród. W Pszczynie intensywnie myślano co zrobić. Stwierdzono, że polityka odstraszania i zniechęcania do przejazdu przez Pszczynę będzie kontynuowana a przy okazji zauważono, że w mieście jest za mało fotoradarów! W okolicy Wszystkich Świętych postawiono więc 3 nowe puszki…

Niestety… Pszczyna dalej korkami, radarami i smrodem stoi. Ale może jednak jest troszkę lepiej? To chyba efekt tajnego planu pszczyńskiej V kolumny polegającego na sabotowaniu przez pszczynian robót drogowych w Tychach, Kobiórze i Czechowicach. Tworzące się tam korki odciążają Pszczynę. Niestety nie można tego długo ciągnąć. Wkrótce znów będzie znacznie gorzej. Przygotujcie się!

Poślinione pisklęta mają nas za nic!

Przykro patrzeć, jak poślowie, poślinki i inne poślinione rzeczy (z kabaretu Łowcy. B - Sejm) kpią w żywe oczy ze społeczeństwa, które ich wybrało na swoich przedstawicieli. Gdy przeczytałem newsa o poślinionym pisiarzu, który podpiął się bezprawnie pod konwój więźnia, a potem dobrowolnie poddał się niebotycznej karze 200 zł, to zdębiałem. 200 zł to ja zapłaciłem już dawno temu za niepoprawne zaparkowanie auta w centrum miasta. (nawiasem mówiąc, jak mnie policja zatrzyma, to mogę poddać się dobrowolnie karze i sam sobie ją wyznaczyć?)

W dodatku, jak się czyta, pośliniony został zatrzymany przez policję, a następnie zwolniony, bo chroni go immunitet poselski. Ciekawostką jest, że na stronach sejmowych w definicjach czytamy:

poseł nie może być pociągnięty do odpowiedzialności karnej bez zgody Sejmu, w okresie piastowania mandatu poselskiego tj. od dnia ogłoszenia wyników wyborów do dnia wygaśnięcia mandatu, poseł nie może być zatrzymany ani aresztowany bez zgody Sejmu, z wyjątkiem ujęcia go na gorącym uczynku przestępstwa, jeżeli jego zatrzymanie jest niezbędne do zapewnienia prawidłowego toku postępowania.

Jak widać, przyłapanie na gorącym uczynku, to już jest ewidentna sprawa. Generalnie, immunitet w swym zamierzeniu jest po to, żeby poseł czuł się bezpieczny w sprawowaniu swojej funkcji – np., gdy głosuje za lub opracowuje niewygodne dla jakichś kręgów ludzi ustawy. Aby nie stawiano mu, ot tak sobie, sfabrykowanych zarzutów, nie „wypuszczano” na niego fałszywych świadków itp. W tym jednak przypadku pośliniony dał ciała, został przyłapany na gorącym uczynku, przyznał się do tego, więc o jakim immunitecie mowa? Normalna kara przysługuje i kropka.

Od dziś po zatrzymaniu przez policję za przekroczenie prędkości czy inne nadużycia przepisów drogowych, będę miał wzór do naśladowania. Powiem, parafrazując poślinione pisklę, że oczywiście łamać przepisów nie można, ale trzeba zawsze stawiać się punktualnie w pracy (właśnie się do niej bardzo spieszyłem, bo mi lot odwołali) i proponuję dla siebie karę 15 zł na cele dobroczynne – np. na Fundację Unikania Ciężkich Kar (FUCK) lub Ośrodek Pomocy Poślinionym funkcjonujący od lat w Stolcowie.

Swoją drogą, ciekawe, co „przysługuje” przeciętnemu obywatelowi za to samo wykroczenie, które popełnił poseł?

Te kacze i kurskie PiSklęta panoszą się jakby były w swojej prywatnej wylęgarni. Jedyna słuszna POprawa tego stanu rzeczy, to zniesienie lub ograniczenie immunitetu, proponowane przez normalnych POsłów.

Rasiści w baraku Obamy

Przykro patrzeć na ten rasizm. Od kiedy Barack Obama został prezydentem elektem Stanów Zjednoczonych rasizm nagle jest wszędzie. Najciekawsze jest jednak to, że najbardziej ten rasizm promują domorośli antyrasiści.

Kilka dni temu przeglądałem jakiś dziennik i zatrzymałem się na artykule poświęconym Barackowi Obamie i podszytych rasizmem wypowiedziom na jego temat. Rasizm rasizmem, ale im dalej zagłębiałem się w treść artykułu tym bardziej mi się on podobał, a to dlatego, że autor suto okrasił swój tekst przykładowymi rasistowskimi dowcipami. Na koniec śmiałem się już w głos.

Barack Obama

Zobaczmy więc co ciekawego można znaleźć na temat Baracka w mediach.

Klasyk, podobno opowiadany przez ministra Radka Sikorskiego:

W żyłach Obamy płynie polska krew - jego pra pra pra dziadek zjadł polskiego misjonarza.

Przepraszam, według wypowiedzi przedstawiciela rządu, minister opowiadał ten dowcip jako negatywny przykład rasistowskich dowcipów. Sam już nie wiem czy śmieszniejszy jest dowcip czy to tłumaczenie.

Równie wesoło jest we Włoszech, gdzie Silvio Berlusconi wypowiedział się na temat Baracka Obamy następującymi słowami:

Nowy prezydent Stanów Zjednoczonych jest młody, przystojny i równo opalony

Sami amerykanie jednak twierdzą, że najważniejsze są poglądy a nie kolor skóry i na dowód publikują taki oto obrazek:

Obama i McCain

Śmieją się też z George’a Busha:

George W. Busha zapytano, co on wie o Obamie? Obama? – hmmm, to stan w USA.

A mnie osobiście najbardziej podoba się ten dowcip:

Dlaczego Obama nie stroi żartów z siebie? Bo boi się być posądzonym o rasizm.

Chyba najlepiej oddaje istotę sprawy. Wiele dowcipów o Baracku jest po prostu śmiesznych i niewiele się różni od, na przykład, dowcipów o braciach Kaczyńskich, ale zawsze znajdą się tacy co to zechcą innych obrzucić błotem i wyzwać od rasistów. Przykro na was patrzeć “antyrasiści”!

A co na to Barack? A tyle, że zapytany o to jakie zwierzę będzie miał w Białym Domu odparł, że:

To musi być jakiś mieszaniec, tak jak ja.

Brawa za dystans i zdrowe podejście do siebie!

Jak się zachować w razie wypadku (zasada 1)

Przykro patrzeć na wypadki na drogach, na rannych ludzi, na rozbite auta, nawet na przerysowane błotniki…
Ten wpis to pierwsza migawka z życia Najlepszego kierowcy w regionie albo i w całej Polsce. Kolejne wpisy wkrótce.

Dzień jak codzień, jadę sobie do pracy moją srebrną strzałą, dwupasmówka, ruch dość duży ale spokojnie sobie śmigam setką lewym pasem. Nagle, hen w oddali, coś mruga na pomarańczowo.
Ani chybi jakieś auto stoi na światłach awaryjnych… i to nie jedno! Ehh… fajnie się jechało ale trzeba zwolnić i zachować szczególną ostrożność. W końcu mógłbym nie zauważyć czegoś istotnego a to tylko kilometr przede mną. Zbliżam się więc powoli… czujnie obserwuję miejsce zdarzenia… 60 km/h to chyba za szybko? Zwalniam…

Przykro patrzeć na takie sceny… naprawdę przykro patrzeć, ale… już prawie widać!
Wypadek na przeciwległym pasie jezdni - zwalniam. Zielony VW Polo jakimś dziwnym sposobem wjechał w bok czerwonego Fiata Punto na tyskich rejestracjach. Jak on to zrobił… może chciał zmienić pas? a może ktoś mu zajechał drogę?

Oho! Coś tam leży na asfalcie! Widzę, widzę, coś tam jest! No do cholery! Jakieś auto zasłania… no jedź szybciej baranie bo nie wiem co to! O! zderzak chyba, albo boczna lis… BUM!!!!

Skąd on się przede mną wziął i czemu jechał tak wolno… Skandal! Wymusił na mnie pierwszeństwo!


Zasada 1:
widzę wypadek lub stłuczkę na przeciwnym pasie, auto stojące na poboczu, remont drogi albo domu koło drogi, zwierzę albo coś innego, ciekawego: zwalniam i obserwuję