Nie musisz brnąć w pochlebstwa dym... czyli rzecz o policji

Przykro patrzeć, jak to zwykłe ludzkie zachowania w magiczny sposób szybko i bezpowrotnie znikają pod mundurem policyjnym.

błękitna inteligencja

Przypadek pierwszy. Bielsko-Biała.

Przyjechali do mnie znajomi z Londynu, napiliśmy się w domu po jednym piwku, po czym postanowiliśmy rozszerzyć paletę trunków. W tym celu udaliśmy się w kierunku sympatycznej, drewnianej knajpeczki w modnym ostatnio stylu góralskim. Knajpka na fajnym poziomie, kulturalnie się siedzi i rozmawia. Odległość od domu waha się od 300 do 340 metrów – to w zależności od tego czy idzie się do knajpy czy się wraca. No, ale żeby tam dotrzeć trzeba najpierw pokonać piekielne niebezpieczeństwa. Tylko najodważniejsi tego dokonują. Najpierw należy przejść ciemnymi pustymi zakamarkami wielkiego miejskiego blokowiska, gdzie nikt nie pilnuje i w razie spotkania z jakąś hieną nikt w niebieskim mundurku nas nie obroni. Na szczęście się udało. Ale to jeszcze nic. Najgorsze przed nami. Oto zbliżamy się do punktu „omega”. Kto upora się z tym ostatnim zagrożeniem, ten będzie cieszył się możliwością wypicia czegoś mocniejszego w sali z kominkiem. Miejsce „omega” to szalenie niebezpieczna droga przyosiedlowa. To droga do piekła („de rołd tu hel”, jak zaśpiewałby o niej Chris Rea). Tak niebezpieczna, że światła na przejściu dla pieszych działają non stop, pilnując dorosłych obywateli przed nimi samymi, zmniejszając ogromne ryzyko utraty życia lub nawet trwałego kalectwa. Tak jest i tym razem: droga zabezpieczona jest czerwonym światłem. Niestety.. stało się. Przyzwyczajeni do wolności i swobody mieszkańcy tego imperialistycznego molocha – Londynu wkraczają na jezdnię podczas, gdy wyraźne czerwone światło aż krzyczy „nie przechodź!”. I drugie „niestety, stało się” – podążam jak ćma za nimi. W tym momencie niebiescy aniołowie pojawiają się dosłownie znikąd, jakby od tygodni wiedzieli o zakupionych biletach lotniczych z Anglii moich znajomych i przeczuwali, co planujemy w ten dzień zrobić. Reakcja ich była tak szybka, że chyba sami się nie spodziewali, bowiem w połowie naszego przejścia krzyczą „proszę się zatrzymać”. Trochę zaskoczeni ich nagłym pojawieniem się nie bardzo wiemy czy słuchać tej komendy czy się śmiać. Ale sytuacja jest groźna i nie do śmiechu, gdyż wieczorem jeżdżą tą drogą nawet 3 auta na kwadrans, więc musimy szybko reagować. Jesteśmy osaczeni – każdy ruch będzie niedobry: pozostanie na jezdni grozi groźbą przejechania, a pójście dalej skutkuje skutkami interwencji szaroniebieskiej inteligencji. Jednak wybieramy życie. Przechodzimy i czekamy po drugiej stronie, co też dalej się wydarzy. W tym momencie sprawy toczą się już bardzo szybko, chociaż trwają dobrych kilkanaście lub kilkadziesiąt minut. Tyle, bowiem czynności stróże prawa muszą wykonać przy tych najbardziej groźnych interwencjach. A ta niewątpliwie do nich należy. To nie przelewki. Pada pytanie, czy coś było pite. Pada odpowiedź: „najlepsze dopiero przed nami”. „O! Tak to my się bawić nie będziemy” - pomyślał zły policjant i od tego momentu wiedział już, że jego premia będzie w tym miesiącu wyższa. Oto się należą 3 mandaty, którymi – ten biedak jest o tym święcie przekonany, chociaż ja wiem, że blefuje w żywe oczy – ratuje nam życie i uczy życia. Nie pomagają argumenty, że brak ruchu, że w Londynie to normalne, tam nawet policjanci idą na czerwonym, że dali by na luz… Niestety, pan władza musiał kiedyś czytać lekturę obowiązkową „Zbrodnia i kara” (chociaż niewykluczone, że czytał tylko tytuł). Szans nie było, ale jeszcze podjęliśmy jedną próbę pytając czy owe 100 zł to na trzech? Co za pech! Okazuje się, że to na głowę. Ale by mogło być za to drinków przy kominku! No trudno. W tej całej sytuacji tak dramatycznej i niebezpiecznej, pan władza zapomniał się, bidula przedstawić i podać swój stopień służbowy. Echh.. jemu wolno się zapomnieć, a nam nie..
Dziś jednego żałuję. Mianowicie, nie podziękowaliśmy za uratowanie nas od nas samych. Za tą ważną lekcję życia w mieście, w społeczeństwie z poszanowaniem praw. Ale z drugiej strony, już na poważnie, zastanawiam się, jak to się dzieje, że tak magicznie znikają ludzkie odruchy w takim niebieskim mundurku, a napływają inne cechy: bufoniastość, patrzenie z góry (to dość nadprzyrodzona zdolność zwłaszcza, gdy wzrost nie pozwala) i chęć „udupienia” za wszelką cenę.
“Niech sobie emigranci nie myślą, że będą zarabiać w funtach i mnie, policjanta, lekceważyć!” (chciałoby się rzec: “pomyślał policjant i zniknął”).

a tak wygląda niewinnie

Przypadek drugi. Bielsko-Biała.

Pouczające to było na tyle: dwa i pół tygodnia później, wracam (wyjątkowo na piechotę) z pracy. Ta sama droga, ale przejście dla pieszych nieco niżej. Czerwone światło krzyczy:.. zresztą wiecie, co krzyczy. A ja idę, bo droga pusta, a to już nieciepłe dni listopadowe, więc czekał nie będę. Przecież nie mogę mieć takiego pecha, no nie? Czy jednak mogę..? „Dzień dobry, prosimy z nami do samochodu” - tak jakoś zapamiętałem te ciepłe słowa dwóch opiekunów w niebieskoszarych mundurkach. No więc uśmiecham się i idę. Po kilku krokach pytam, czy panowie władza to nie mają w zwyczaju (a nawet w obowiązku) przedstawić się i podać stopnia służbowego w takich okolicznościach? W tym momencie pan się grzecznie przedstawia (drugi milczy), a ja już wiem, że będę „udupiony”, bo śmiałem zwrócić mu uwagę i wlazłem na ambicję. Na szczęście może tylko wystawić mi mandat 100 PLN, gdyż jestem grzecznym obywatelem. Biedak, aż go ściska w środku i tylko czeka czy coś powiem, za co czynności będą mogły pójść w nieco drastyczniejszą stronę, ale niestety.. nie doczekuje się. Z zaciśniętymi zębami pisze ten swój mandacik na tej biednej karteczce cienkim długopisikiem (Wałęsa to przynajmniej miał długopis!).
Podczas czynności ciągnę grzecznie:
– Co z tym przedstawianiem się, jest obowiązek?
- No jest.
- To dlaczego Pan się nie przedstawił? Panu wolno nie przestrzegać jakichś tam regulaminów i przepisów, a mi nie? Napisze skargę do komendanta (śmiech policjantów)
Chwila milczenia, a potem ku zdziwieniu słyszę odpowiedź, że przecież się przedstawił natychmiast po skierowaniu mnie do samochodu.
I tak oto, podczas kolejnej błahej sprawy miałem możliwość na żywo przekonać się jak te większe sprawy działają. Panów jest trzech, trzymają się razem, ja jestem jeden, pan policjant kłamie w żywe oczy, ja nie mam nic do powiedzenia, racja jest po ich stronie „choćby skały srały”, jak to mówią tu i ówdzie… Nie wspomnę, że siedzą w trójkę godzinami za nasze pieniądze i jaki pożytek oraz misję spełniają? Nie mam pojęcia. Natomiast wiem, że za tak ciężką pracę już po 15 latach przysługuje emeryturka.

Dlatego dobrze, że mądrzy ludzie uczą mądrych zasad. Posłuchaj i zapamiętaj, że „nie musisz brnąć w pochlebstwa dym i karku giąć przed byle kim”.





Szkoda tylko, że pan władza – ten maluczki na dole i ten duży na górze, nie zdaje sobie sprawy, że obywatel zamiast nauczyć się nie przechodzić na czerwonym, przestanie lubić policję, a przecież w wielu sprawach bez pomocy obywateli, ich działania są słabo skuteczne. Zamiast oczekiwanego rezultatu nauki obywatela porządku, ma rezultat zupełnie odwrotny, a wszystko za 100 zł. Opłaca się? Próbuję i nie daję rady – zrozumieć czemu ma to służyć. Ktoś ma jakiś pomysł?

Napisz odpowiedź