Tangerine Dream lekarstwem na internet w Orange

Przykro patrzeć wciąż i nadal na specjalistów od marketingu. Już mieliśmy ich na tapecie przy okazji fantastycznych haseł Banku PKO BP zachęcających do brania pożyczek. Pisałem o tym dokładnie rok temu w artykule “Banki - będzie jeszcze śmieszniej, ale pod kontrolą”, a także nieco później w artykule z branży internetowej u konkurencji pt. iPlus - Internet jest prawie wszędzie
Co tym razem mnie skłoniło do otwarcia panelu administracyjnego i napisania nowego artykułu o rzeczach, na które przykro patrzeć? Dlaczego znowu biedni marketingowcy, czemu ja się ich tak czepiam? Zobaczcie sami.

Orange - tani internet domowy 1 Orange - tani internet domowy 2

Wracam sobie z pracy. Zaglądam do skrzynki - tej prawdziwej na listy. Jak zwykle coś w niej znajduję. I jak zwykle są to lasy zamienione na papier. Najgorsze jest to, że wydrukowane nań treści nie niosą zupełnie nic mądrego i pożytecznego. A sprawcami są marketingowcy. Czy ich uczą czegokolwiek w szkołach, oprócz durnych sztuczek robienia z ludzi głupków? Przecież nawet nie trzeba być uczonym, a wystarczy obserwować zachowania ludzi, by wiedzieć, że łatwo można osiągnąć odwrotny do zamierzonego efekt, gdy będzie się próbowało kogoś ogłupić, zabierając mu cenny czas na czytanie bezsensownych ulotek.
Tym razem inteligencją wykazali się fachowcy z Orange. Przygotowali ulotkę, gdzie na pierwszej stronie jest niewiele treści, ale za to bardzo konkretnych - “internet domowy od 1,13 zł dziennie” i poniżej logo Orange. Brzmi całkiem nieźle. To spowodowało, że ulotki nie wyrzuciłem od razu. W końcu ok. trzydziestu kilku złotych miesięcznie za internet to połowa obecnej stawki, jaką płacę. Swoją drogą, żeby cena wyglądała na super niską, to podają ją dziennie, zamiast miesięcznie - już mi załażą takimi ruchami za skórę. No, ale czytam na odwrocie. A tam jest napisane tak oto:

Internet domowy Orange daje Ci możliwość nieograniczonej wędrówki po sieci bez limitu transferu danych, z prędkością do 6 Mb/s.
Z internetu domowego możesz skorzystać, jeśli jesteś właścicielem stacjonarnej linii telefonicznej.
Teraz internet domowy możesz mieć w promocyjnej cenie od 1,13 zł dziennie - to tylko 34 zł miesięcznie.
Wystarczy, że posiadasz lub kupisz telefon w Orange.


Tak sprytnie napisany tekst z wytłuszczeniami tu i ówdzie ma spowodować zwrócenie uwagi na kluczowe kwestie akcji. Mamy więc coś takiego: nieograniczony transfer bez limitu danych, prędkość do 6Mb/s, promocyjna cena od 1,13 zł dziennie. Szkoda, że kluczem tu są inne słówka, a mianowicie “od” i “do”, dzięki którym można prawie wszystko ukryć i napisać dowolną bzdurę. Stare, niemodne, niekreatywne i znane już sztuczki pokazujące niski poziom marketingu panów z Orange. Za ich pomocą marketingowiec jest kryty, bo w każdym zdaniu nie napisał przecież nic nieprawdziwego. Szkoda, że ogólny zamiar miał zupełnie inny… Na miejscu Orange zwolniłbym wszystkich, bo tą śmieszną ulotką budują niechęć klientów do siebie. Tabelka w dalszej części ulotki odsłania całą prawdę o tej fantastycznej promocji. Okazuje się, że, aby poskładać taką ofertę, trzeba płacić miesięcznie nawet 164 zł!! Niemożliwe? A jednak.. Dla marketingowców to chyba niewielka różnica w porównaniu do 34 zł. Tabelka mówi bowiem, że 34 zł to przy umowie na 24 miesiące i dla internetu o prędkości 0,5Mb/s. Natomiast 6Mb/s kosztuje w umowie na dwa lata 99 zł, a na rok 109 zł!! Im dalej czytam, tym bardziej mam ochotę zamiast “przykropatrzec.pl” kupić domenę “!!!!&^%*&(^.pl” i tam pisać o takich przypadkach, no ale nie będę wulgarny. Po co majaczyć o niskiej cenie na pierwszej stronie, skoro na drugiej czarno na białym widać, ile de facto, trzeba zapłacić za 6Mb/s transfer? To jeszcze nie wszystko. Niżej jest jeszcze jeden mały warunek: “Promocja dotyczy opcji na 12 i 24 miesiące, z telefonem stacjonarnym w Orange z abonamentem 37 zł miesięcznie lub telefonem komórkowym w Orange z abonamentem od 55 zł miesięcznie”. A więc maksymalnie 109 + 55 = 164 zł.
Żeby z klienta zrobić już kompletnego imbecyla proponują upominki do ulotki, a są to mi.in. darmowy test nawigacji (!!!) oraz dzwonki na telefon. Uwaga! Powtarzam - Orange daje w prezencie dzwonki na telefon i darmowy test nawigacji!!! Ludzie! Czemu jeszcze siedzicie i czytacie to co tu piszę, zamiast zasuwać do salonu Orange!!?? Taka okazja przecież nigdy w życiu już się Wam nie zdarzy!!!

I tym samym w bardzo sympatyczny sposób Orange przeszło z próby zyskania przychylności klienta do efektu znienawidzenia ich za usiłowanie wciśnięcia mi, że jestem głupi i zmarnowania mojego czasu. Czy ktoś z Was też odniósł takie wrażenie?

A ja zamiast marzenia o internecie w Orange wolę usiąść wygodnie i włączyć sobie jakiś przyjemny kawałek zespołu Tangerine Dream - mandarynkowy sen jest lepszy od pomarańczowego bełkotu.

Widziałem dobry polski film...

Przykro patrzeć na filmy, które ostatnimi czasy powstają w naszym kraju i panoszą się w kinach oraz programach telewizyjnych. Mam tu na myśli te najbardziej znane, bo i najbardziej reklamowane produkcje typu: “Nigdy w życiu”, “Tylko mnie kochaj”, “Dlaczego nie”, czy “Jeszcze raz”.

Wszystkie te filmy kojarzą mi się z plastikiem - plastikowa scenografia, plastikowy scenariusz, plastikowa muzyka i plastikowi aktorzy, a do tego jeszcze nachalny product placement. Wspomnę tu fragment recenzji “Tylko mnie kochaj”, którą widziałem w jakiejś gazecie. Otóż recenzent zachwycał się Warszawą pokazaną w filmie, bo tak pięknej jeszcze nigdy nie widział. Warszawa w tym filmie da się porównać do wyidealizowanego świata szklanych domów (skojarzenia z Nowym Jorkiem oraz Przedwiośniem jak najbardziej na miejscu), w którym nie tylko miasto, ale i wszyscy jego mieszkańcy są piękni i bogaci a do tego zupelnie nic nie muszą robić. To nie była pozytywna recenzja, ale niezwykle trafna, kto nie wierzy niech obejrzy ten film. Życzę wytrwałości.

Jest jednak kilka dobrych rzeczy w tych wszystkich filmach. Po pierwsze niektóre z nich da się nawet obejrzeć jako przyzwoity odmóżdżacz np. po ciężkim tygodniu pracy (innych się nie da bo sen zwycięży - tu ukłony dla “Nigdy w życiu”). Po drugie, gdy po zapoznaniu się, z którymś ze wspomnianych “dzieł” zobaczymy jakiś normalny film, wówczas wyda się on nam arcydziełem.

Widziałem ostatnio dwa normalne polskie filmy. Pierwszy w kinie i była to “Operacja Dunaj”, film niezły, ale wcale nie rewelacyjny za to jakże inny od wymienionych tu poprzedników, do tego ze świetnym “knedliczkowym” klimatem. Drugi z filmów obejrzałem 11 listopada w TVP i był to “Cudownie ocalony”.

Cudownie ocalony - akcja filmu rozgrywa się na początku lat 60. na Mazurach. Mikołaj Biesaga jest człowiekiem żelaznych zasad, uczciwym i pobożnym, choć nieco porywczym. Ten wdowiec i były żołnierz został w czasie wojny ciężko ranny. Przysiągł wówczas Najświętszej Panience, że jeśli przeżyje, postawi swej wybawicielce kapliczkę.”

Tyle oficjalnej recenzji, która brzmi średnio zachęcająco jak na… komedię. Jest to jednak jak najbardziej komedia, do tego w świetnej obsadzie, żeby wymienić tylko: Mariana Opanię, Ewę Kasprzyk, Edytę Jungowską, czy Henryka Gołębiewskiego. Jest to film, który chciałem Wam wszystkim polecić, posiadający niezwykły klimat PRLu i PGRu okraszony nieco kresami wschodnimi. Po prostu kawał dobrego filmu, który porusza, śmieszy i zapada w pamięć. Co więcej, filmu w którym nie zobaczymy majtającej bosymi stopami Danuty Stenki, romantycznego Jana Frycza, czy wysiadającego z nowiutkiego Porsche Macieja Zakościelnego. Szczerze polecam.

Nie musisz brnąć w pochlebstwa dym... czyli rzecz o policji

Przykro patrzeć, jak to zwykłe ludzkie zachowania w magiczny sposób szybko i bezpowrotnie znikają pod mundurem policyjnym.

błękitna inteligencja

Przypadek pierwszy. Bielsko-Biała.

Przyjechali do mnie znajomi z Londynu, napiliśmy się w domu po jednym piwku, po czym postanowiliśmy rozszerzyć paletę trunków. W tym celu udaliśmy się w kierunku sympatycznej, drewnianej knajpeczki w modnym ostatnio stylu góralskim. Knajpka na fajnym poziomie, kulturalnie się siedzi i rozmawia. Odległość od domu waha się od 300 do 340 metrów – to w zależności od tego czy idzie się do knajpy czy się wraca. No, ale żeby tam dotrzeć trzeba najpierw pokonać piekielne niebezpieczeństwa. Tylko najodważniejsi tego dokonują. Najpierw należy przejść ciemnymi pustymi zakamarkami wielkiego miejskiego blokowiska, gdzie nikt nie pilnuje i w razie spotkania z jakąś hieną nikt w niebieskim mundurku nas nie obroni. Na szczęście się udało. Ale to jeszcze nic. Najgorsze przed nami. Oto zbliżamy się do punktu „omega”. Kto upora się z tym ostatnim zagrożeniem, ten będzie cieszył się możliwością wypicia czegoś mocniejszego w sali z kominkiem. Miejsce „omega” to szalenie niebezpieczna droga przyosiedlowa. To droga do piekła („de rołd tu hel”, jak zaśpiewałby o niej Chris Rea). Tak niebezpieczna, że światła na przejściu dla pieszych działają non stop, pilnując dorosłych obywateli przed nimi samymi, zmniejszając ogromne ryzyko utraty życia lub nawet trwałego kalectwa. Tak jest i tym razem: droga zabezpieczona jest czerwonym światłem. Niestety.. stało się. Przyzwyczajeni do wolności i swobody mieszkańcy tego imperialistycznego molocha – Londynu wkraczają na jezdnię podczas, gdy wyraźne czerwone światło aż krzyczy „nie przechodź!”. I drugie „niestety, stało się” – podążam jak ćma za nimi. W tym momencie niebiescy aniołowie pojawiają się dosłownie znikąd, jakby od tygodni wiedzieli o zakupionych biletach lotniczych z Anglii moich znajomych i przeczuwali, co planujemy w ten dzień zrobić. Reakcja ich była tak szybka, że chyba sami się nie spodziewali, bowiem w połowie naszego przejścia krzyczą „proszę się zatrzymać”. Trochę zaskoczeni ich nagłym pojawieniem się nie bardzo wiemy czy słuchać tej komendy czy się śmiać. Ale sytuacja jest groźna i nie do śmiechu, gdyż wieczorem jeżdżą tą drogą nawet 3 auta na kwadrans, więc musimy szybko reagować. Jesteśmy osaczeni – każdy ruch będzie niedobry: pozostanie na jezdni grozi groźbą przejechania, a pójście dalej skutkuje skutkami interwencji szaroniebieskiej inteligencji. Jednak wybieramy życie. Przechodzimy i czekamy po drugiej stronie, co też dalej się wydarzy. W tym momencie sprawy toczą się już bardzo szybko, chociaż trwają dobrych kilkanaście lub kilkadziesiąt minut. Tyle, bowiem czynności stróże prawa muszą wykonać przy tych najbardziej groźnych interwencjach. A ta niewątpliwie do nich należy. To nie przelewki. Pada pytanie, czy coś było pite. Pada odpowiedź: „najlepsze dopiero przed nami”. „O! Tak to my się bawić nie będziemy” - pomyślał zły policjant i od tego momentu wiedział już, że jego premia będzie w tym miesiącu wyższa. Oto się należą 3 mandaty, którymi – ten biedak jest o tym święcie przekonany, chociaż ja wiem, że blefuje w żywe oczy – ratuje nam życie i uczy życia. Nie pomagają argumenty, że brak ruchu, że w Londynie to normalne, tam nawet policjanci idą na czerwonym, że dali by na luz… Niestety, pan władza musiał kiedyś czytać lekturę obowiązkową „Zbrodnia i kara” (chociaż niewykluczone, że czytał tylko tytuł). Szans nie było, ale jeszcze podjęliśmy jedną próbę pytając czy owe 100 zł to na trzech? Co za pech! Okazuje się, że to na głowę. Ale by mogło być za to drinków przy kominku! No trudno. W tej całej sytuacji tak dramatycznej i niebezpiecznej, pan władza zapomniał się, bidula przedstawić i podać swój stopień służbowy. Echh.. jemu wolno się zapomnieć, a nam nie..
Dziś jednego żałuję. Mianowicie, nie podziękowaliśmy za uratowanie nas od nas samych. Za tą ważną lekcję życia w mieście, w społeczeństwie z poszanowaniem praw. Ale z drugiej strony, już na poważnie, zastanawiam się, jak to się dzieje, że tak magicznie znikają ludzkie odruchy w takim niebieskim mundurku, a napływają inne cechy: bufoniastość, patrzenie z góry (to dość nadprzyrodzona zdolność zwłaszcza, gdy wzrost nie pozwala) i chęć „udupienia” za wszelką cenę.
“Niech sobie emigranci nie myślą, że będą zarabiać w funtach i mnie, policjanta, lekceważyć!” (chciałoby się rzec: “pomyślał policjant i zniknął”).

a tak wygląda niewinnie

Przypadek drugi. Bielsko-Biała.

Pouczające to było na tyle: dwa i pół tygodnia później, wracam (wyjątkowo na piechotę) z pracy. Ta sama droga, ale przejście dla pieszych nieco niżej. Czerwone światło krzyczy:.. zresztą wiecie, co krzyczy. A ja idę, bo droga pusta, a to już nieciepłe dni listopadowe, więc czekał nie będę. Przecież nie mogę mieć takiego pecha, no nie? Czy jednak mogę..? „Dzień dobry, prosimy z nami do samochodu” - tak jakoś zapamiętałem te ciepłe słowa dwóch opiekunów w niebieskoszarych mundurkach. No więc uśmiecham się i idę. Po kilku krokach pytam, czy panowie władza to nie mają w zwyczaju (a nawet w obowiązku) przedstawić się i podać stopnia służbowego w takich okolicznościach? W tym momencie pan się grzecznie przedstawia (drugi milczy), a ja już wiem, że będę „udupiony”, bo śmiałem zwrócić mu uwagę i wlazłem na ambicję. Na szczęście może tylko wystawić mi mandat 100 PLN, gdyż jestem grzecznym obywatelem. Biedak, aż go ściska w środku i tylko czeka czy coś powiem, za co czynności będą mogły pójść w nieco drastyczniejszą stronę, ale niestety.. nie doczekuje się. Z zaciśniętymi zębami pisze ten swój mandacik na tej biednej karteczce cienkim długopisikiem (Wałęsa to przynajmniej miał długopis!).
Podczas czynności ciągnę grzecznie:
– Co z tym przedstawianiem się, jest obowiązek?
- No jest.
- To dlaczego Pan się nie przedstawił? Panu wolno nie przestrzegać jakichś tam regulaminów i przepisów, a mi nie? Napisze skargę do komendanta (śmiech policjantów)
Chwila milczenia, a potem ku zdziwieniu słyszę odpowiedź, że przecież się przedstawił natychmiast po skierowaniu mnie do samochodu.
I tak oto, podczas kolejnej błahej sprawy miałem możliwość na żywo przekonać się jak te większe sprawy działają. Panów jest trzech, trzymają się razem, ja jestem jeden, pan policjant kłamie w żywe oczy, ja nie mam nic do powiedzenia, racja jest po ich stronie „choćby skały srały”, jak to mówią tu i ówdzie… Nie wspomnę, że siedzą w trójkę godzinami za nasze pieniądze i jaki pożytek oraz misję spełniają? Nie mam pojęcia. Natomiast wiem, że za tak ciężką pracę już po 15 latach przysługuje emeryturka.

Dlatego dobrze, że mądrzy ludzie uczą mądrych zasad. Posłuchaj i zapamiętaj, że „nie musisz brnąć w pochlebstwa dym i karku giąć przed byle kim”.





Szkoda tylko, że pan władza – ten maluczki na dole i ten duży na górze, nie zdaje sobie sprawy, że obywatel zamiast nauczyć się nie przechodzić na czerwonym, przestanie lubić policję, a przecież w wielu sprawach bez pomocy obywateli, ich działania są słabo skuteczne. Zamiast oczekiwanego rezultatu nauki obywatela porządku, ma rezultat zupełnie odwrotny, a wszystko za 100 zł. Opłaca się? Próbuję i nie daję rady – zrozumieć czemu ma to służyć. Ktoś ma jakiś pomysł?

Festiwale polskiej piosenki

Przykro patrzeć na to jak wyglądają dziś polskie festiwale piosenki. Wielka reklama, masa ochów i achów i niestety… często pojawiające się pytanie: co to kurde jest…?!

Sopot, Opole, Top Trendy jakieś Superjedynki. Właściwie to nawet nie wiem który festiwal jest który. Może TopTrendy to jest to samo co Sopot? Nie mam pojęcia i w sumie specjalnie mnie to nie interesuje. Niemniej jednak, jeśli ogląda się choć trochę TV, to nie da się przeoczyć przeróżnych zapowiedzi, relacji czy powtórek. Ja też trafiłem na transmisję paru koncertów i niektóre fragmenty oglądnąłem.

To co widziałem to popisy poprzebieranych aktorów i dwa koncerty debiutów (chyba się to tak nazywało) jeden w Opolu i drugi na TopTrendy.
Debiuty to to, co jak mi się wydaje, powinno być główną atrakcją całych tych festiwali i to co teoretycznie jest w stanie mnie jakoś zainteresować choćby swą formą współzawodnictwa. Niestety, opolskie debiuty, polegające na śpiewaniu tzw. coverów i debiuty na TopTrendy to jakaś pomyłka - totalna słabizna. Może i zdarzyło się parę piosenek niezłych (dwie?), ale przy większości zadawałem sobie wspomniane wcześniej pytanie: ‘co to kurde jest..?’ i ‘skąd Ci ludzie się biorą’?
Dużo nijakich pioseneczek, wykonawcy (nie wszyscy) wystylizowani w przedziwny (zwykle idiotyczny) sposób przypominający to co dominuje w “Jak oni śpiewają”, “Idol” i innych takich. Po prostu kicha, mizeria, żenada zwłaszcza z powodu zachwytów prowadzących nad tymi “cudownymi” piosenkami i nowymi “gwiazdami” estrady.
Nie rozumiem doboru wykonawców - debiutantów, ale ja w sumie nie znam się na muzyce, jestem tylko bardzo przeciętnym widzem i słuchaczem.

Jest jednak nadzieja! Dziś, tj. w niedzielę 28 czerwca włączyłem sobie telewizor i… zobaczyłem relację z kolejnego festiwalu. Muszę powiedzieć że to było wreszcie coś. Coś co przykuło mnie do telewizora i co oglądnąłem z przyjemnością w dodatku zastanawiając się czy można kupić jakąś płytę tych wykonawców.
Co to był za festiwal? Otóż oglądałem dziś Festiwal Zaczarowanej Piosenki realizowany pod egidą fundacji Anny Dymnej, gdzie niepełnosprawni artyści, prawdziwi debiutanci, śpiewali tak, że niech się (prawie) wszyscy wykonawcy z Opola czy Sopotu schowają i najlepiej już więcej nie pokazują. Niech się schowają bo obawiam się iż w przypadku bezpośredniej konfrontacji “Zaczarowani piosenkarze” zmietli by tych chcących być “Trendy” ze sceny w ciągu paru sekund. I mówię tu zarówno o kwestiach muzycznych, o czystej przyjemności ze słuchania tych występów jak i o uroku osobistym i naturalności wykonawców.

Na Festiwalu zaczarowanej piosenki moim faworytem był Kamil Czeszel, ale niestety zajął drugie miejsce. W każdym razie kiedy go posłuchałem to stwierdziłem że gdyby nagrał jakąś płytę z tego rodzaju (chyba bluesowo-jazzową - nie znam się) muzyką, jak to co zaśpiewał w ramach konkursu, to bym ją od ręki kupił.
Podsumowując, takich festiwali sobie życzę a nie skomercjalizowanego cyrku “Sopolowego” i wolę takich wykonawców miast wystylizowanych lalek.

iPlus - Internet jest prawie wszędzie

Przykro patrzeć, jak to w obecnym świecie biznesu słowa zmieniają znaczenie. Już nawet niewinne “wszędzie” oznacza “prawie nigdzie”. Ciężko się w tym nowym słowniku połapać…

“Internet jest wszędzie” - kolejne wspaniałe hasło mojej ulubionej grupy zawodowej, czyli marketingowców i innych speców od reklamy. Od reklamy, którą w dzisiejszych czasach wprost można utożsamiać z kłamstwem lub delikatniej mówiąc po młodzieżowemu - “ze ściemą”. Na hasło reklamowe trzeba wziąć tak przynajmniej 60% poprawki i wówczas może reszta mieć znamiona prawdy i jakiegoś przybliżonego związku z rzeczywistością. Strasznie to wszystko zawiłe, ale na to sobie współczesna reklama i głoszone w niej treści sama zasłużyła. Czego się czepiam tym razem? Otóż, operatora Plus GSM, z którego usług dostępu do internetu mobilnego przyszło mi niestety korzystać. Cóż, że się wkurzę i pójdę do innego operatora? Ten inny to niby jakie głosi hasła reklamowe? No tak, oni głoszą np. “blueconnect - najlepszy bezprzewodowy internet”, co by oznaczało, że jest jeszcze bardziej najlepszy od już cudownego wszędzie dostępnego iPlusa :) Co za fantazja drzemie w marketingowcach. Tęsknię czasem, że nie jestem farciarzem i nie zdobyłem zawodu, w którym naprawdę mógłbym się sprawdzić - pisałbym głupoty i miał z tego pieniądze. Cudowna sprawa… Ale wracając do wątku - wychodzi na to, ze nie ma alternatywy, bo wszyscy mniej lub bardziej oszukują. W takim razie musimy wrócić do pytania – czego się czepiam odnośnie iPlusa?

No to powiem Wam czego:

  1. W dużym mieście na jednym z największych osiedli bajty kapią, jak pot z czoła zmęczonego husky po wyścigu psich zaprzęgów
  2. W największej polskiej aglomeracji miejskiej, niemalże w jej centrum, połączenie zrywa się kilka razy na godzinę, powodując, że nawet przez gg nie można porozmawiać, bo frazy nie dochodzą
  3. W regulaminie jest napisane mniej więcej tak, że po przekroczeniu miesięcznego limitu jakość transmisji danych może ulec zmianie. W praktyce oznacza to, że zawsze ulega zmianie i w dodatku zawsze na gorsze, to znaczy tak obcinają transmisję, że już kompletnie nic nie da się zrobić. Sprytny marketingowiec myśli, że przez to klient wykupi dodatkowe mega czy giga bajty danych, a tu niespodzianka – klient wykupuje inny internet u konkurencji i to najlepiej nie bezprzewodowy lub nie wykupuje nic i czeka tylko kiedy skończy się roczna umowa by uciec jak najdalej.
  4. W wielu miejscach na “uboczu cywilizacji” internetu po prostu najzwyczajniej nie ma, nawet mimo, że jest zasięg umożliwiający rozmawianie czy sms-owanie.

Wszędzie? Tu go nie ma...

wszędzie? tu go nie ma…

Wynika mi z tego, że w haśle reklamowym zabrakło poczciwej i dobrze sprawdzającej się w takich sytuacjach i lubianej przez marketingowców gwiazdki. Wówczas wyglądałoby to tak:

Internet jest wszędzie*

*z wyjątkiem:

  • dużych osiedli w dużych miastach
  • dużego pokoju u mnie
  • centrów największych aglomeracji miejskich w Polsce
  • przedpokoju i WC w mieszkaniu u cioci na IV pietrze
  • Władka ogródka działkowego
  • całego mieszkania oprócz balkonu u Leokadii
  • sobót i niedziel
  • Worka Raczańskiego
  • piwnicy u Ryśka
  • godzin szczytu każdego dnia
  • trasy narciarskiej w Zwardoniu
  • Puszczy Solskiej oraz Lasów Janowskich
  • w sklepie „u Kizi”
  • Wąwozu Homole
  • mety u Zdzisława
  • innych miejsc, w których go nie ma

uff.. jak o czymś zapomniałem to, proszę, dopiszcie w komentarzach.

No i w związku z tym, gdzie jest internet wg iPlusa? - Prawie wszędzie, ale “prawie” robi różnicę, która powoduje, że nienawidzę iPlusa i ściemy marketingowej.

– reklama: tylko najlepsze miejsca na reklamę - katalog ogólnopolski

.

Pierogiem ekskluzywności nie czyń drugiemu, bo to nie miło

Przykro patrzeć, jak to niektórzy właściciele restauracji na siłę lansują swoją knajpę na super exclusive lokal po to, by większą kasę z niczego wyciągnąć.

Zrobiła się wiosna, ludzie na spacery zaczęli uczęszczać stadami, no to i głodni się robią po trzech krokach :) A w plenerze przy pięknej pogodzie coś zszamać, to sama przyjemność i tak pobiesiadować.. To jest to! Uległem temu i wracając z przejażdżki rowerowej postanowiłem zjeść obiadek. W kieszeni 20 zet z hakiem, no to myślę - na pierogi ruskie będzie i małego browara. Więcej nie można, bo Trybunał Konstytucyjny pozwolił do lochów wtrącać. Nota bene - tu niektórzy przeciwko temu protestują: rowerzysci-nie-kryminalisci yyyyyy, ale wróćmy do tematu.. No to siadam Ci ja pod taką z bali drewnianych knajpą zbitą, dostaję kartę i szukam. Mam! ups! nie wierzę.. To na pewno ruskie? Ja wiem, że ruskie teraz bogate, ale to chyba przesada. Jednak cena jest prawdziwa: 18 zł za 6 pierogów. To, jakby nie było 3 zł za pieroga. Pozostawiam kartę i odchodzę zniesmaczony myśląc sobie, że nawet jakbym był milionerem, to gdzieś jest granica przyzwoitości i z tego powodu tychże pierogów bym nie zamówił. Teraz patrzę na przepis i przypominam sobie, jak to pacholęciem będąc (czyli gdy mały byłem) pomagałem babci lepić ruskie.

Składniki:
  • Mąka ok.500g
  • Ser ok.250g ( może być chudy )
  • Ziemniaki ok.250g
  • Cebula, tłuszcz
Z tego to wychodzi ok. 50 pierogów. No to ile te składniki kosztują? z 7 zł, nie? no to ile to na sztukę wychodzi? ~0,14 zł (słownie 14 groszy). Niech ma - że z prądem czy gazem 20 groszy będzie to razem (chyba spory narzut dałem? :). To jaką pan “biznesmen od karczmy” ma marżę? Bo wychodzi mi, że 1500% (słownie: półtora tysiąca procent)
No ja rozumiem, że kryzys, że zima była długa i dużo węgla spalił na grzanie swojej knajpki, ale niechże się zlituje i na nerwach nie gra! Knajpa nie stoi w centrum Tel Avivu, nie jest to żadna ekskluzywna jadłodajnia na wybrzeżu Amalfi, ani nawet nie jest to unikatowa knajpa w moim mieście! Taka teraz moda, że pełno podobnych postawili - a’la góralskich. Czy to na prawdę jest jedyny sposób i konieczność taką cenę ludziom podsuwać? Sumienia i ambicji nie ma czy jak? A może zidiociał? Jak myślicie - jaką ma przypadłość?

A na Poczcie bez zmian

Przykro Patrzeć na to co dzieje się z Pocztą Polską. Wydawałoby się, że spadek liczby listów zostanie skutecznie zrekompensowany przez e-handel, a tymczasem… na Poczcie bieda aż piszczy. A może to nie bieda tylko czyjaś głupota?

Miałem dziś zabawną (?!) sytuację. Chciałem nadać na Poczcie Głównej, w moim kilkusettysięcznym mieście, list polecony. Podchodzę do okienka, biorę karteczkę aby wypisać na niej co trzeba i zonk - gdzie jest długopis? Pytam Pani z okienka czy może mi długopisu użyczyć, a ona mi na to, że niestety nie może bo nie ma.

Cóż było robić? Przeszedłem się wzdłuż sąsiednich okienek w poszukiwaniu długopisu i… nie ma. Wracam do Pani z okienka i pytam raz jeszcze czy na pewno nie ma żadnego długopisu, abym mógł druczek wypisać, a ona na to, że nie - wszystkie ludzie zabrali.

Zrobiłem okrągłe oczka, a potem jeszcze okrąglejsze gdy spostrzegłem, że Pani trzyma w rękach długopis… Ups… Może naprawdę wyglądam jak złodziej długopisów, a może to po prostu taki chodliwy towar, że każdy jest automatycznie podejrzany?

Szczęśliwie zlitowała się nade mną koleżanka wspomnianej Pani i pożyczyła mi długopis. Dziękuję bardzo Pani Koleżance!

A Poczcie Polskiej proponuje kupić łańcuchy - takie jak w Misiu występują w scenie w stołówce (łyżki na łańcuchach). Tym prostym sposobem uniknie się problemu znikających długopisów i zapobiegnie zdziwieniu klientów, którzy nie będą mogli nadać przesyłki.

Podwójne ubezpieczenie, nie tylko w Commercial Union (Aviva)

Przykro patrzeć na absurdalne przepisy dotyczące ubezpieczeń OC dla posiadaczy pojazdów i na wykorzystujące je ubezpieczalnie. Pułapka podwójnego ubezpieczenia OC, nie bez kozery nazywa się pułapką, bo łatwo w nią wpaść i to niekoniecznie ze swojej winy. Wyplątać się już dużo trudniej.

Skąd się bierze podwójne ubezpieczenie? Polisa OC, jeśli nie zostanie wypowiedziana, automatycznie przedłuża się na kolejny rok i nie można już jej wypowiedzieć przez ten czas. Wpaść w pułapkę więc łatwo. Jak?

  • Chcemy zmienić dotychczasowego ubezpieczyciela. Wysyłamy wypowiedzenie obecnej umowy ubezpieczeniowej i kupujemy polisę OC gdzie indziej. Jeśli wypowiedzenie dotrze do firmy ubezpieczeniowej po ustawowym terminie, czyli później niż 1 dzień przed końcem umowy, to mamy już dwie polisy OC.
  • Kupiliśmy samochód. Mamy teoretycznie 30 dni na wypowiedzenie dotychczasowej umowy zawartej przez poprzedniego właściciela. Jeśli w tym czasie umowy ubezpieczenia nie wypowiemy i kupimy OC gdzie indziej - mamy dwie polisy OC.
  • Kupiliśmy samochód. Dotychczasowa polisa tego pojazdu kończy się np. już w 5 dni po kupnie. Mamy tylko 4 dni na jej wypowiedzenie (1 dzień przed datą wygaśnięcia). Termin 30 dni w tym wypadku nie ma znaczenia. Jeśli się nie zorientujemy i kupimy polisę OC gdzie indziej - znów mamy 2 ubezpieczenia.


Co zrobić w sytuacji gdy już mamy dwa ubezpieczenia i ubezpieczalnia dopomina się o pieniądze? Jeśli firma ubezpieczeniowa odmawia anulowania płatności, możemy spróbować odzyskać przynajmniej część swoich pieniędzy. Poniżej kilka kroków jakie należy w tym celu wykonać (w oparciu o moje własne przejścia - nie gwarantuję że wszędzie będzie tak samo). Bohaterem negatywnym, czyli ubezpieczalnią która domaga się od nas pieniędzy za drugie ubezpieczenie OC, będzie Commercial Union Direct (obecnie Aviva Commercial Union), bo akurat ta firma ma takie działania w zwyczaju. Przy dobrych wiatrach (i faksie) prawie wszystko można załatwić w 1 dzień.

  1. Robimy darowiznę pojazdu na kogoś z najbliższej rodziny, np. na brata. Wzór umowy darowizny można znaleźć w Internecie. Istotne by dobrze opisać przedmiot umowy, czyli pojazd i podać jego wartość oraz informację o przekazaniu kluczyków obdarowanemu. Należy także przemyśleć datę którą wpiszemy na umowie (pamiętajmy o terminie 30 dni itd). Darowizny w obrębie najbliższej rodziny nie są opodatkowane choć przy kwotach powyżej około 9000 zł trzeba je zgłosić do urzędu skarbowego (szczegóły: Darowizna w rodzinie). Ja zgłosiłem - wypełnia się druczek, pani przybija pieczątkę i tyle. Niczego nie musiałem płacić.
  2. Wysyłamy do CU Direct informację o zbyciu przez nas pojazdu, wraz z kopią umowy darowizny (warto zapytać czy może to być faks - przyśpieszy to znacznie sprawę).
  3. Chwilę później, nowy właściciel wysyła do CU Direct wypowiedzenie umowy OC (jeśli się da to faksem). Po paru minutach można zadzwonić i zapytać czy informacje o zbyciu pojazdu i wypowiedzeniu umowy dotarły.
  4. Musimy niestety wpłacić pieniądze których domaga się od nas CU Direct na ich konto. Nadpłatę za niewykorzystane miesiące muszą nam zwrócić (i to jest nasz zysk, poza satysfakcją iż nie daliśmy się tak całkiem ograbić). UWAGA! Wiele ubezpieczalni zwleka z wypłatą pieniędzy do czasu aż otrzyma od nas dyspozycję wypłaty (czyli np. faks z podanym numerem konta na który mają pięniądze przelać).
    AKTUALIZACJA: wysłałem do CU Direct faks z prośbą o przelew niewykorzystanej kwoty na podane konto i po tygodniu pieniądze dotarły, z całej sumy potrącono mi kwotę za 2 miesiące więc 10/12 udało mi się uratować. Tutaj można też pomyśleć o wpłaceniu kwoty w ratach, jeśli tylko uda się nam dowiedzieć jaka to kwota, bo np. w przypadku Commercial Union taką informację uzyskać jest bardzo trudno.
  5. Spisujemy darowiznę odwrotną. Czyli np. brat darowuje pojazd z powrotem nam. Zmieniamy tylko darczyńcę i obdarowanego na umowie i gotowe. Można też pomyśleć o dacie na tej umowie - właściwie może być taka sama jak na poprzedniej, ja miałem parę dni różnicy.
Praktycznie można by na tym sprawę zakończyć. Są jednak pewne niuanse:
  • Ponieważ zmienił się na jakiś czas właściciel pojazdu pojawia się pytanie co z Wydziałem komunikacji? Teoretycznie taka zmiana to żadna zmiana ale ja akurat chciałem mieć czystą sytuację. Poszedłem do Wydziału komunikacji, gotów w ostateczności przerejestrować podwójnie auto (na brata i z powrotem na mnie). Na miejscu uzyskałem informację, że skoro w dowodzie rejestracyjnym nic się nie zmieni (w końcu auto znów jest moje) to nie ma potrzeby jego przerejestrowywania! A dokładniej stwierdzono iż nie widzą po temu podstaw.
  • Została jeszcze druga ubezpieczalnia, ta gdzie mamy drugie ubezpieczenie, czyli w praktyce to tańsze (w moim wypadku prawie o połowę) od tego z CU Direct.
    Sprawa ma się podobnie jak przy Wydziale komunikacji - zmienił się właściciel pojazdu, więc wypadałoby to zgłosić. Ja zgłosiłem i ciągle czekam co zrobią (rekalkulacja ubezpieczenia czy nie…). W każdym razie ubezpieczenie samo się przedłuża (sic!) więc jako nowy stary właściciel i tak ciągle je mam, prawda?

    AKTUALIZACJA Jeśli w ogóle chcemy powiadamiać o sprawie drugą ubezpieczalnię to sugeruję jednak by wypowiedzieć od razu także umowę w tym drugim towarzystwie i zawrzeć kolejną umowę w jeszcze innej ubezpieczalni - nie będzie niepotrzebnych komplikacji.
    W moim wypadku druga polisa była zawarta w BRE Ubezpieczenia (mBank). BRE zrobiło rekalkulację mojej własnej polisy(!), i okazało się że powinienem dopłacić(!) do nej blisko 490 zł - czyli więcej niż wcześniej wynosiło całe ubezpieczenie.
    W tej sytuacji samo BRE zasugerowało mi by rozwiązać obecną polisę i zawrzeć jeszcze raz nową umowę bo wyjdzie taniej. Dziwne… no ale zrobiłem jak mi powiedział konsultant. Wypowiedziałem starą umowę i zapłaciłem 398 zł za nowe ubezpieczenie, po czym wysłałem pismo z prośbą o zwrot niewykorzystanej kwoty z ubezpieczenia poprzedniego.
    Niestety ale BRE Ubezpieczenia zaczęło robić dziwne problemy. Najpierw nie można się było dowiedzieć czy i kiedy wypłacą mi pieniądze, potem chcieli umowy z pieczątką z wydziału komunikacji - po informacji ode mnie, że Wydział Komunikacji nie wbił mi żadnej pieczątki do umowy, BRE chce papierów z urzędu skarbowego - te akurat mam, ale gdyby darowizna była na kwotę poniżej 9000 to mógłbym ich nie mieć bo nie są wymagane. Nieładnie ze strony BRE, zwłaszcza, że i tak kolejną polisę mam zawartą u nich (ostatni raz!) i to w sumie oni na tym zyskują. Lepiej było wypowiedzieć tą umowę i zrezygnować z ich usług. Nie byłoby tego niepotrzebnego kłopotu.
  • Pamiętajmy żeby zgłosić obie darowizny do Urzędu skarbowego (jest na to 1 miesiąc) - jeśli przekroczyły określoną kwotę (wspomniane 9000 z hakiem)

Na koniec parę słów i moja opinia o Commercial Union Direct (Aviva). W skrócie: bałagan, niekompetencja, oszukiwanie klienta. Przez półtora miesiąca usiłowałem się dowiedzieć jaka będzie wysokość składki na kolejny rok. Konsultanci CU Direct nie byli w stanie udzielić mi tej informacji pomimo, że pytałem wielokrotnie. Ostatecznie informację o koszcie ubezpieczenia na kolejny rok uzyskałem dopiero na dwa dni przed końcem terminu mojego ubezpieczenia (i to po kolejnym moim telefonie). Dzień później (pierwszy roboczy) wysłałem pocztą wypowiedzenie umowy. Jak się okazało, dotarło dwa dni za późno…

I-BOA w Erze - wystąpił błąd

Przykro patrzeć na internetowe serwisy sieci Era, które działają “inaczej” i które zdążyły już u mnie wywołać nerwowe tiki… walenie w klawiaturę i rzucanie myszką w ścianę

Jakiś czas temu marketingowcy Ery bardzo zachęcali klientów aby zrezygnowali z papierowych faktur na rzecz pobierania ich przez Internet. Przy tej okazji można było dostać dodatkowych 10 darmowych minut.
Ponieważ i tak od pewnego czasu Era spóźniała się z wysyłką faktur papierowych więc stwierdziłem że dobra… w końcu mamy XXI wiek, koniec z papierami!
Niestety okazało się że serwis iBoa Ery raz działa a raz nie. Przy próbach sprawdzenia wysokości rachunku pojawiały się absurdalne komunikaty o błędach, strony się nie ładowały, a w okolicznych budynkach przygasało światło. Gdy akurat potrzebowałem sprawdzić rachunki za dwa telefony, nie dało się… a przed mym domem zderzyły się dwa auta. Nie była to sytuacja jednorazowa, w kolejnych miesiącach powtarzała się, faktur nie dało się sprawdzić, a ktoś został potrącony na pobliskim przejściu dla pieszych.
Nerwowy tik polegający na waleniu w klawiaturę, szczęśliwie minął gdy w ostatnich miesiącach udało się bez problemu wygenerować fakturę, natomiast gdy dostałem SMS z informacją o wystawieniu tejże faktury przez Erę, myszka przestała odbijać się od ściany podczas wpisywania http://iboa…
Miałem już nadzieję że idzie ku lepszemu gdy… nagle zmieniono bramkę SMS i wysyłanie wiadomości tekstowych stało się koszmarem. Najpierw rzuciło mi się w oczy opóźnienie przy wpisywaniu treści SMSa - chyba jakiś JavaScript walidujący długość powodował taki efekt że wpisane literki pojawiały się po 2 sekundach. Potem to poprawiono, za to ktoś wymyślił, że domyślnym rodzajem wysyłanej wiadomości będzie MMS a nie SMS. Byłoby to może i do przełknięcia gdyby te MMSy dochodziły, jednakże te moje MMSy z bramki sponsorowanej częściej trafiały donikąd.

Czarę goryczy przelała ostatnio kolejna zmiana w serwisie Ery. Otórz przy próbie wysłania SMS’a z bramki sponsorowanej moim oczom ukazał się komunikat:

Bramka sms
Musiałem potem kupić nową myszkę i klawiaturę a w tym samym czasie w USA samolot awaryjnie lądował na rzece Hudson.
Zdaje się, że taką zgodę już kiedyś wyrażałem skoro ERA i tak mnie zasypuje spamem!? No ale dobra, wysłałem tego SMSa. Bramka SMS mi się przydaje, lepiej wstukać coś na komputerze (nawet z połamanej klawiatury) niż klikać na telefonie.
Niestety, z tego stresu zapomniałem jak się liczy do 7… Jak to szło? Raz, raz, raz, dwa, dwa, dwa, trzy, trzy, cztery, cztery… SMS’a wysłałem 20 stycznia, dziś jest 2 lutego. Wchodzę na bramkę SMS i co widzę:

Aby korzystać z Bramki Sponsorowanej musisz wyrazić zgodę na otrzymywanie informacji handlowych od PTC. Wyślij SMS z treścią T na nr 8000. Aktualizacja danych może potrwać do 7 dni.
W Erze poza “inaczej” działającymi serwisami mają jeszcze “inny” system pomiaru czasu… kalendarz Erariański? Niedawno słyszałem że ponoć Play ma ciekawą ofertę… hm… trzeba się tym dokładniej zainteresować.

Chorwacja wicemistrzem świata w piłce ręcznej. Wstyd

Przykro było patrzeć na to co wydarzyło się w ostatnim dniu mistrzostw świata w piłce ręcznej. Zachowanie chorwackich piłkarzy i kibiców to był po prostu wstyd.

Mistrzostwa organizowane były w Chorwacji, której drużyna była jednym z faworytów do złotego medalu, a według samych Chorwatów nawet murowanym faworytem. Rzeczywiście, Chorwaci imponowali formą i dotarli do finału wygrywając po drodze wszystkie mecze (między innymi półfinał z Polską). W finale przyszło im zmierzyć się z Francją, którą wcześniej, w fazie grupowej, pokonali.

Ivano Balic

Zapowiadało się dobrze, prawda? Tymczasem w finale wszystko poszło nie tak jak Chorwaci sobie wymarzyli. Od samego początku mecz był zacięty i wyrównany, w miarę upływu czasu napięcie rosło, a gorące bałkańskie głowy nie wytrzymywały emocji. Kibice rzucali jakieś przedmioty na boisko, a gra robiła się coraz ostrzejsza. Nawet lider zespołu chorwackiego, określany często mianem Jordana piłki ręcznej i uznawany za jednego z najlepszych piłkarzy ręcznych na świecie Ivano Balić, nie wytrzymał i wdał się w pyskówkę z jednym z Francuzów.

Francuzi tymczasem grali jak na przyszłych mistrzów świata przystało. Nie dawali się sprowokować i robili swoje, uciekając Chorwatom na kilka bramek. Ci ostatni zamiast bramek zdobyli czerwoną kartkę po tym jak Igor Vori, wybrany wcześniej MVP turnieju, udał, że rzuca piłką w sędziego i właściwie było już po meczu.

Francuzi zasłużenie wygrali i… zrobiło się jeszcze mniej przyjemnie. Chorwaccy kibice zaserwowali nam festiwal gwizdów kierowanych w stronę Francuzów, które to gwizdy dały się słyszeć także w trakcie dekoracji Francuzów złotymi medalami.

Kibice klasy nie pokazali, ale zachowanie piłkarzy Chorwacji wcale lepsze nie było. Podczas gdy wręczano im srebrne medale stali wściekli i obrażeni na cały świat. Wspomniany gwiazdor - Balić - odmówił włożenia medalu na szyję. Panowie! Przecież nikt wam nie zabraniał wygrać z Francją! Ja rozumiem, że można być złym, bo się przegrało, ale takie zachowanie dowodzi tylko zupełnego braku pokory i braku szacunku do rywali. Powoduje, że sukces, jakim mimo wszystko jest srebrny medal, nikogo nie cieszy i na pewno każdy Chorwat miał popsuty wieczór. A wystarczyło popatrzeć na radość Polaków dekorowanych brązowymi medalami i od razu robiło się wesoło i sympatycznie. Konkluzja jest taka, że lepiej być Polakiem z brązowym medalem niż Chorwatem ze srebrnym :)

Mistrzostwa się zakończyły, ale niesmak pozostał.